lubię się wyróżniać
zwłaszcza na drodze. O ile to możliwe unikam dróg, po których poruszają się najwięksi wrogowie rowerów. Ale jeśli już naprawdę muszę to staram się być maksymalnie widocznym i nie mówię tutaj tylko o światełkach odblaskowych.
Światła
Światła, to rzecz dosyć oczywista. Fakt, że nie dla wszystkich. Niektórzy rowerzyści potrafią poruszać się nawet w zupełnych ciemnościach. Wiem, bo już parę razy mało brakowało a bym w takiego wjechał. Rower ma to do siebie, że go nie słychać z daleka.
A jak jest ciemno i do tego wieje wiatr, to często nawet pieszy nie usłyszy (inna sprawa, że teraz większość pieszych ma słuchawki w uszach przez co nie słyszą nawet dzwonka). Pomijam już, że jadąc samochodem 80 czy 100 na godzinę można roweru w ogóle nie zauważyć.
Lampki diodowe to dobry wybór (jeździ jeszcze ktoś na dynamie?). Tym bardziej, że mają opcję mrugania. I to jest bardzo dobra funkcja. O wiele lepiej widoczne jest mrugające światło. I nikt cię nie pomyli z motorem albo skuterem. Wiadomo, takie wkurzające czerwone światełko mrugające przy krawężniku oznacza rowerzystę. Mrugające diody zużywają mniej energii i bateria starcza na dłużej (ekologia bracie).
Poza światłami dobrze jest zadbać o odblaskowe ciuchy. Im więcej odblaskowych elementów tym lepiej. Ludzie często zapominają, że kierowcy samochodów mają problemy z zauważaniem motocyklistów. To co dopiero rowerzyści. Strzeżonego Pan Bóg strzeże.
Jazda
Styl jazdy też ma znaczenie. Jak ktoś się wlecze 5 na godzinę to na ruchliwej ulicy nie ma nawet co marzyć o zmianie pasa ruchu. A jeżeli nawet się uda, to jest to ryzykowne.
Paradoksalnie, na ulicy jazda z większą prędkością jest bezpieczniejsza, bo można jechać tak szybko jak samochody. Zwłaszcza w korkach. Wtedy kierowcy nie wyprzedzają bo po prostu nie ma na to miejsca. Przed rowerzystą jedzie inny samochód.
Można wtedy wjechać na środek pasa i nawet jeżeli samochód przed nami trochę się oddali, to można nie dać się wyprzedzić. Bynajmniej, nie przez złośliwość ale ze względu na bezpieczeństwo. Każdy wyprzedzający nas samochód to potencjalne zagrożenie, zwłaszcza dla rowerzysty.
Ale bądźmy ludźmi. Staram się ułatwiać kierowcom wyprzedzanie kiedy jadę zdecydowanie wolniej niż oni.
Warto też sygnalizować swoje zamiary. Nie tylko wystawiając rękę. Kiedy rowerzysta ogląda się za siebie to jest to sygnał dla kierowcy, że być może będziesz próbował wykonać jakiś manewr, na przykład zmienić pas ruchu. Jeżeli kierowca cię widzi, to masz duże szanse, że w ciebie nie wjedzie. Zdarzają się nawet tacy, co zwolnią i cię puszczą. Wtedy jest już w ogóle wypas. Ale tak robią chyba tylko ci co sami jeżdżą rowerami.
Priomo, nie wkurzać
I jeszcze jedno. Wkurzanie innych uczestników ruchu, zwane czasami kozakowaniem, może się skończyć tragicznie. Jazda w zatłoczonym mieście jest zawsze stresująca. A kierowcy zawodowi mają takich miast po dziurki w nosie i wkurza ich dosłownie wszystko co nie jest po ich myśli. Taki fachowiec jak mu podpadniesz, to może cię zepchnąć z drogi, a nawet po tobie przejechać. Bo kto ci zagwarantuje, że za kółkiem nie siedzi jakiś psychol. W najlepszym wypadku nie ustąpi ci miejsca albo wymusi pierwszeństwo.
Kierowca może też być napity albo naćpany. A wtedy to niech Pan Bóg ma nas swej opiece.